Translate

piątek, 6 marca 2015

10 dzień biegania!

Stało się... !
Wciągnęłam się w to maxa!
Wyczekiwany 10 dzień nadszedł. 10 dzień biegania rzecz jasna.




Jak to jest?
Biegam co drugi dzień dzięki radom. I znacznie lepiej się czuję niż gdy biegałam codziennie.
Co zmieniłam?
Dietę. Jem więcej, dużo więcej. Obliczam ile kcal zjadłam i ile jeszcze zjem. Oczywiście jeśli nie jestem głodna nie jestem. Jeśli burczy mi w brzuchu a zjadłam akuratnie do tego co powinno być. Jem. Nie katuję się że tylko tyle i ani krzty więcej. Bo jaki to by miało sens? Nie biegam po to aby schudnąć. Bo nie muszę. Czuję się świetnie w swoim ciele. Planuję osobny wpis o tym jaki mam cel, co chcę osiągnąć oraz inne ważne kwestie.

Dziś 10!     Magiczna 10 która nie wiadomo dlaczego wydaje mi się być przełomowa.
Pogoda mi nie straszna! Uczucie kiedy w trakcie biegu zaczyna padać śnieg jest bezcenne. Zazwyczaj wtedy dokładam sobie trasę żeby się nacieszyć. Tak samo jest z deszczem. Jak na razie po za katarem i porannym kaszlem nic więcej się nie rozwija i raczej nie brzmi to poważnie.

Żeby sprawdzić czy moja zmiana odżywiania i ruch nie wpływają na mnie ujemnie zapisałam się na badania krwi. Niby też z innych powodów ( zalecenie innego lekarza) ale nie zaszkodzi sprawdzić tak od podstaw.
Co drugi dzień wyczekuję aż wybije 14 lub 15 i pójdę biegać. Czemu taka godzina? Mniej więcej godzina od ostatniego posiłku. Już wiem czym się kończy bieganie z pełnym brzuchem. W moim przypadku to silny ból i kolka. Staram się też dużo nie wypić tuż przed pójściem pobiegać, ot kilka łyków wody.
Skompletowałam sobie odzież, mniej więcej wiem jak się ubierać zależnie od tego jaka jest pogoda chociaż jeszcze nie zawsze trafiam co się kończy albo przegrzaniem albo dygotaniem z zimna. Absolutnie nie odpuszczam czapki jak na razie ponieważ biegam po " otwartych polach" a wiatr jeszcze ziębi uszy i głowę niemiłosiernie.
Zostałam wyposażona ( prezent :) ) w pulsometr. Mimo iż nie zachęcał mnie pas do niego to jednak podczas biegania jest on nie wyczuwalny wręcz. Jak na razie nie zwracam uwagi na "pikanie" . Wiem że na początku tętno leci w górę jak szalone a przy marszu spada na łeb na szyję ! Być może to jeszcze nie czas . Miło jednak dokładnie sobie sprawdzić ile czasu już biegnę i czy za długo nie leniuchuję maszerując.
Muzyka również jest nie od łącznym elementem mojego biegania.  Zaktualizowałam play listę  i znacznie milej mi się biega z rytmem :)
Co do zmiany trasy ( obrałam sobie jedną ale w różnych kombinacjach). Cóż może nie jest to ok ale już nie długo ( jutro ) szykuje mi się wyjazd dwudniowy. Mimo iż jutro wypada dzień bez biegania to w niedzielę sprawdzę bieganie w lesie. Las ten znam bo za dzieciaka mieszkałam nie daleko. Sprawdziłam już na Endomondo trasę i wypada idealnie po 1 km w jedną stronę czyli 2 km aby dobiec i wrócić. Zapewne zdam relację z tej przebieżki :)

Czas na podsumowanie 10 dni. Kondycja lepsza. Lepiej mi się biega a w szczególności większe dystanse pokonuję biegiem niż spacerując... Biegiem to złe słowo bo strasznie wolno biegnę ( przynajmniej tak mi się wydaje) . Brak już bóli które pojawiły się po pierwszych 2 dniach. Chyba mięśnie przyzwyczaiły się do nowej formy ruchu. W dalszym ciągu chcę czasowo ograniczać się do max pół godziny. Różnie to wypada czasami 15 min, czasami 25 min. Jednak czas bądź szybkość nie są dla mnie jakimkolwiek celem. Chociaż miło się spogląda na to jak pokazuje mi rekordy na dystansie 1 km. Więcej energii do życia, więcej energii do wszystkiego - absolutnie podpasowała mi ta forma ruchu :)



Jednak odnośnie tego 10 dnia.. no cóż spadek formy jest widoczny. Chyba po prostu taki dzień. Jednak zwalę to na to że więcej biegłam niż szłam. I straszny wiatr. Uf więc teraz czekam na 15 dzień :)


0 komentarze:

Prześlij komentarz